Przeskocz do treści

W najbliższą niedzielę poprzedzającą 41. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową - 13. października, obchodzimy XIX Dzień Papieski pod znakiem 100-lecia urodzin św. Jana Pawła II.

Hasłem tegorocznego Dnia Papieskiego jest wezwanie Jezusa skierowane przez Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym do śpiących apostołów Wstańcie, chodźmy! będące zarazem tytułem książki Jana Pawła II wdanej w 2004 roku.

Tegoroczny Dzień Papieski wpisuje się też w 40 rocznicę pierwszej pielgrzymki Papieża Polaka do Ojczyzny.

Tegoroczny kurs rozpocznie się pod koniec października.

Szczegóły w najbliższym czasie.

Na kurs kieruje ksiądz proboszcz po rozpatrzeniu potrzeb w swojej parafii. Osoby rozeznające czy są powoływane do tej funkcji proszone są o kontakt z Proboszczem swojej Parafii.

Przeżywaliśmy 5. października wspomnienie Świętej s. Faustyny Kowalskiej. Kanonizował ją 30 kwietnia 2000 roku Jan Paweł II, dzisiaj już także Święty. Oprócz obrazu Jezusa Miłosiernego, znany jest na całym świecie jej Dzienniczek. Zawarła ona w nim m.in. wizję piekła*). Jej zapiski skłoniły mnie do zastanowienia się nad słowami, które wypowiadam (często nieświadomie) odmawiając „Wyznanie wiary”. Są tam m.in. słowa, że Jezus zstąpił do piekieł, trzeciego dnia  zmartwychwstał. Czy w to, co wypowiadam wierzę? Co oznacza dla mnie to zdanie?

Często mówiąc o piekle, na myśl przychodzi mi słowo śmierć. Jezus Chrystus Syn Boży jako człowiek doświadczył śmierci. W Wielki Piątek patrzymy zawsze na ukrzyżowanego, a Wielka Sobota to dzień, w którym przyjmujemy, że Bóg po prostu jest nieobecny. Kryje Go grób. Mówi się „Bóg umarł i myśmy Go zabili” a słowa te wyrażają treść Wielkiej Soboty, że …„zstąpił do piekieł”. W modlitwie Jezusa na krzyżu „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” okazuje się, że największym cierpieniem w Jego męce nie było cierpienie fizyczne, tylko niezgłębiona samotność, zupełne opuszczenie.  Ten stan samotności, oznacza również głęboki sprzeciw całej istoty człowieka, który nie może być sam, który potrzebuje być z innym, z innymi… Dlatego samotność jest krainą lęku, który polega na wyobcowaniu istoty ludzkiej. Zakodowane mam, że „ja muszę istnieć” a zostaję zepchnięty w to, co jest dla  mnie nie do zniesienia. I tu warto się zatrzymać. Nie ma takiego człowieka, który by nie przeżywał lęku samotności. Całkowita samotność i lęk – to nic innego jak „piekło”. Oznacza ono samotność, której nie dosięga słowo miłości. Samotność, która przez to jest zagrożeniem całej mojej egzystencji, egzystencji człowieka.

Osobiście, w małżeństwie, gdy zrywałem relacje z małżonką, z dziećmi czułem taki lęk samotności – zewnętrznie do tego nie przyznawałem się, ale wewnątrz … I uciekałem w towarzystwo innych np. kolegów z pracy, w alkohol i temu podobne rozrywki. Następowało tym samym zerwanie relacji z Bogiem - grzeszyłem. Grzech był tylko znieczuleniem na nieuleczalne po ludzku rany samotności. Jak długo stan taki trwał? Do czasu, aż kochający mnie bezinteresownie Jezus zstąpił do mojego piekła. Przyszedł w Słowie Bożym, w liturgii i w końcu we wspólnocie Kościoła.

Ale istnieje również taka samotność, istnieje taka „noc”, gdzie nic już nie dociera. Istnieje przejście, przez które możemy przejść tylko samotnie. Jest to brama śmierci. Śmierć to także samotność, do której nie może przedostać się z mojego powodu Miłość -  gdy Miłość przeze mnie jest odrzucona. A taka samotność to też piekło. Jezus Chrystus – zgodnie ze stwierdzeniem „wstąpił do piekieł…” przychodzi do każdego jako Miłość. Tam gdzie nie może nas już dosięgnąć żaden głos, tam jest On – Jezus. On zstępuje do piekieł. Tylko dobrowolne zamknięcie się na Jezusa – Boga jest piekłem lub, jak mówi Pismo Św.: śmiercią drugą, wieczną. Przez to zstąpienie Jezusa do piekieł (wielu piekieł, bo ludzi jest wielu) brama śmierci stoi otworem – bo w śmierci zamieszkało życie - Miłość. Jeśli nawet w godzinie śmierci uwierzyłem w misję Jezusa, w Jego Miłosierdzie - jestem uratowany, jestem zbawiony. A jeśli nie będę miał wiary…?

Wierząc natomiast w zmartwychwstanie Jezusa, wyrażam pewność, że prawdą jest to, co wydawało się pięknym snem. Pismo mówi „bo jak śmierć potężna jest miłość” (Pnp 8,6). Miłość domaga się więc nieskończoności, niezniszczalności …(takie pragnienie ma każdy bez wyjątku). Miłością taką jest sam Bóg – Jezus Chrystus (ale nie wszyscy chcą to uznać). Dlatego On, Jako Bóg, który jest nieskończony, niezniszczalny zmartwychwstał a samo zmartwychwstanie jest siłą miłości, która jest mocniejsza od śmierci. Zmartwychwstanie spowodowało, że On, Bóg-Jezus mimo, iż jako człowiek doznał fizycznej śmierci, stał się nieśmiertelnym. Jego nieśmiertelność dać może to, że jest On w kimś drugim, nawet gdy tego drugiego już fizycznie nie ma. Wiemy, że człowiek nie żyje wiecznie lecz podlega śmierci ale może żyć nadal w kimś drugim, który kocha, tzn. w Jezusie Zmartwychwstałym. Miłość jest więc podstawą każdego rodzaju nieśmiertelności. A my podświadomie chcemy być nieśmiertelni. Dlatego pragniemy spotykać się i spotykamy się ze Zmartwychwstałym. Kiedy i jak? Otóż w Słowie Bożym i Sakramencie. Także wydarzenia, fakty w naszym życiu, w moim życiu, ukazują Jego istnienie po zmartwychwstaniu. Jednym z nich to fakt trwania mojego małżeństwa. Wiara w obecność Chrystusa wyrwała mnie, w czasie kryzysu mojego małżeństwa, z piekła samotności, z piekła nadużywania alkoholu, z grzechu. On dzisiaj uzdalnia mnie do tego, że mogę tu publicznie, słowem pisanym, dać świadectwo o Jego obecności w moim życiu. On bowiem przyprowadził mnie na nowo do Kościoła, do wspólnoty wiernych poprzez sakrament pojednania i Eucharystii.

Zetknięcie się ze Zmartwychwstałym jest dla mnie czymś innym, niż tylko spotkanie z człowiekiem. W Jezusie potęga miłości okazała się rzeczywiście silniejsza od potęgi śmierci. Jeśli Jezus w moim życiu zstąpił do mojego piekła wyrywając mnie ze śmierci (grzechu), to znaczy, że On naprawdę żyje – dlatego wierzę także w Jego zmartwychwstanie!

Zbigniew Stachurski

_____________________

*) https://misyjne.pl/wizja-piekla-wg-sw-faustyny/

"Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.”  [Mt 16,24]

Nie ma człowieka, który by nie przeżywał w swoim życiu chwil trudnych. Są nimi między innymi kryzysy w rodzinie, złe układy z szefem w pracy, nieuleczalna choroba, narodzenie się dziecka niepełnosprawnego w rodzinie, brak porozumienia z dorastającą córką lub dorosłym synem, z bratem, siostrą, sprawowanie opieki nad rodzicami w podeszłym wieku i wiele innych, podobnych sytuacji. Te lub podobne sytuacje życiowe, chrześcijanin określa mianem krzyża. Są one jakby jarzmem nakładanym na człowieka, które jest czasami bardzo ciężkie. Wielokrotnie doświadczałem tego, iż nie chcę nieść jarzma - krzyża. Często się buntuję i z tego powodu niejednokrotnie grzeszę.

Czym jest nauka krzyża? Krzyża, który z woli Stwórcy, może nieraz nieświadomie, niosę. Uciekając od krzyża nie daję świadectwa życia chrześcijańskiego. Celem chrześcijanina jest godnie przejść krzyżową drogę, naśladując Jezusa Chrystusa, bo taka jest wola Stwórcy. Krzyż bowiem wpisany jest w życie człowieka!

Doskonale wypełnił wolę Boga Ojca Jego Syn, Jezus Chrystus. Bez krzyża Chrystusowego nie byłoby zbawienia. Jezus nie był obojętny wobec naszych ludzkich słabości, grzechów. Wziął je na siebie umierając za nas jak najgorszy łotr i zdrajca będąc sam bez winy. Nie wołał z krzyża: dlaczego mnie męczycie, zabijacie? Milczał poddając się (niesprawiedliwemu) wyrokowi śmierci. Zrobił to z woli Boga Ojca jako Jego Syn, Bóg-Człowiek. Objawił światu prawdziwą Bożą ekonomię zbawienia, ukazując, jak można przerywać błędne koło zła w świecie – wziął całe zło człowieka na Siebie. Umierając, po trzech dniach ZMARTWYCHWSTAJE i daje nam, którzy wierzymy w Jego imię, Ducha Świętego. O tym pamiętać powinienem zawsze a szczególnie w tych dniach, gdy wspominamy Jego mękę i śmierć, która prowadzi do zmartwychwstania.

Jak Duch Święty się objawia w człowieku? Poprzez świadectwo wiary, poprzez znaki wiary widziane przez innych, którymi są jedność i miłość w obliczu krzyża. Miłość pozbawiona strachu przed umieraniem. Miłość, która kosztuje, która boli np. miłość do mojego „nieprzyjaciela”, do człowieka bijącego mnie w „policzek”.

 Wiara daje mi siłę do odważnego przeżywania sytuacji, które po ludzku mnie przerastają. Czy tak naprawdę dostrzegam dzisiaj swój krzyż? Czy miłując (przebaczając), potrafię udźwignąć swój krzyż? Czy uświadomiłem sobie obecność we mnie Ducha Św. uzdalniającego mnie do miłości, która kosztuje powodując cierpienie i ból? Czy potrafię kochać człowieka nie spełniającego moich oczekiwań, człowieka raniącego mnie? Czy potrafię udźwignąć swój krzyż?

Krzyż prowadzi do Zmartwychwstania – prowadzi do Życia Wiecznego już tu na ziemi tj. do życia wg Ducha Jezusa Chrystusa. A Duch Święty wyzwala we mnie moc do pokonania wszelkich trudności życiowych.

Krzyż w moim życiu, w życiu każdego chrześcijanina, jest Krzyżem Chwalebnym. O Nim  przypomina wszystkim co roku przeżywany Wielki Tydzień rozpoczynający się Niedzielą Męki Pańskiej a szczególnie uroczysta adoracja Krzyża Chrystusowego w Wielki Piątek.

Dlatego również uznaję krzyż, także jako znak fizyczny identyfikujący chrześcijan. My chrześcijanie stawiamy  krzyże–symbole tam, gdzie dotarło chrześcijaństwo. Tam, gdzie rozwinęła się cywilizacja łacińska, cywilizacja życia. Starajmy się bronić krzyża w miejscach, gdzie został postawiony lub zawieszony oddając mu należny szacunek.

Święty Jan Paweł II w wygłoszonej w Zakopanem 6 czerwca 1997 r. homilii wołał: „…nie wstydźcie się tego krzyża. Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. Niech KRZYŻ przypomina nam o miłości Boga do człowieka (...)”.

Zbigniew Stachurski

Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie obchodzone w Kościele, w miesiącu czerwcu dwie uroczystości: uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela (24.06) i uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła (29.06). Każdy z nich otrzymał od Boga misję w stosunku do ludu żyjącego w okresie ich życia.

W tym miejscu chcę przypomnieć w wielkim skrócie, że po grzechu pierworodnym natura człowieka została skażona – jego wola stała się
bardziej skłonna do zła. Ale Bóg dał obietnicę człowiekowi, że poprzez narodziny Swego Syna, przywróci człowiekowi pierwotną jego naturę tj. życia na obraz i podobieństwo Boże. Nie zapowiedział kiedy to się stanie, lecz do tego przygotowywał ludzkość poprzez szereg wydarzeń opisanych w Starym Testamencie.

Czytaj dalej... "Cóż więc mamy czynić? – ciągle aktualne pytanie"

W dniu 26 maja, mężczyźni pielgrzymowali do Piekar Śl. do Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej.

Troska o należyte przeżywanie niedzieli była najważniejszą kwestią, na którą zwrócił uwagę w słowie powitania abp katowicki Wiktor Skworc.
Mszy świętej dla piekarskich pielgrzymów przewodniczył nuncjusz apostolski w Polsce abp Salvatore Pennacchio, a homilię wygłosił metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Poniżej tekst homilii arcybiskupa Marka Jędraszewskiego na pielgrzymce mężczyzn do Matki Boskiej Piekarskiej.


<<Piekary Śląskie, 26 maja 2019 roku

Ekscelencjo, Najdostojniejszy Księże Arcybiskupie Metropolito Katowicki,Ekscelencje, Najdostojniejsi Księża Arcybiskupi i Biskupi,Drodzy Bracia w Chrystusowym Kapłaństwie,Wielebne Siostry zakonne,Czcigodne Osoby życia konsekrowanego,Drodzy Pielgrzymi, Uczestnicy Pielgrzymki Mężczyzn i Młodzieńców do Matki Bożej Piekarskiej,Wszyscy Drodzy memu sercu Siostry i Bracia,

1. Maryja, Matka Jezusa

Chrystus doskonale wiedział, że tuż za drzwiami Wieczernika czai się zło, kłamstwo, zdrada i przemoc. Od Wieczernika do pałacu Kajfasza było przecież nie aż tak daleko. Przed chwilą Judasz opuścił grono Apostołów i wszedł w ciemności nocy (por. J 13,30). A Jezus, wiedząc, że jest to pożegnanie z najbliższymi, zaczął mówić o miłości. O Bogu, który jest miłością (por. 1 J 4,8b), przezwyciężającą wszelki grzech i niewierność. I o człowieku, który jest powołany do uczestnictwa w tej Bożej miłości.

Podstawowym warunkiem tego uczestnictwa jest słuchanie słowa Bożego i jego zachowywanie (por. Łk 11,28). „Kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką” powiedział Pan Jezus, jeszcze u początków swej publicznej działalności na palestyńskiej ziemi (Mk 3,35). Łatwo nam sobie wyobrazić, że kiedy wypowiadał słowo „matka”, myślał o Maryi i że wtedy uczniowie wyczuli w Jego głosie szczególne ciepło i wzruszenie. Przecież jako nazaretańska dziewczyna przyjęła Go do swego dziewiczego łona, otwierając się na przedziwne działanie Ducha Świętego. Jej zawdzięczał swe człowiecze życie. Dzięki Niej stał się podobny do nas, ludzi, we wszystkim - oprócz grzechu (por. Hbr 4,15). A przede wszystkim Jego, Jednorodzonego Syna Bożego, obdarzyła najpiękniejszą, najbardziej szlachetną, serdeczną miłością, która była przeniknięta najwyższą tkliwością. Maryja… Matka…

Drodzy Pielgrzymi!

Dziś przybywamy do Piekar Śląskich właśnie do Niej. Wpatrujemy się w Jej święte oblicze. Jej dłoń wskazuje na Syna, który przyszedł na świat nie po to, aby go potępić, lecz aby go zbawić (por. J 12,47b). Na cudownym piekarskim obrazie także Pan Jezus wskazuje na swą Dziewiczą Matkę, jakby tym gestem chciał wyrazić całą swoją wdzięczność za to, że zechciała Go do Siebie przyjąć, mówiąc do anioła Gabriela: „Niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1,35). Wdzięczność za to, że urodziła Go w trudnych warunkach betlejemskiej groty. Że Go nam wszystkim dała. Owej cudownej nocy, gdy „nadeszła pełnia czasu” (por. Ga 4,4), to właśnie dzięki Niej aniołowie mogli śpiewać: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania” (Łk 2,24).

2. Nauczycielka miłości

Od chwili Zwiastowania, dzięki "Fiat" Maryi, Chrystus, Boży Syn, stał się Bratem każdego i każdej z nas. Wziął na siebie cały nasz człowieczy los - z jego trudami istnienia, dorastania, przemijania, podatności na zranienie, z jego bólem i cierpieniem. To dzięki Niej - Maryi. To dzięki Niej Bóg jest tak bliski nam - niemal na wyciągnięcie ręki. Po latach, w swoim Pierwszym Liście św. Jan Apostoł tak oto wyrazi tę prawdę: „Co było od początku, cośmy usłyszeli o słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce - [to wam oznajmiamy]” (1 J 1,1).

Równocześnie uczymy się od Niej, jak kochać Chrystusa. Nasza miłość do Niego nie ma nic z czułostkowości i nie buduje się z samych tylko wzruszeń. Jest - powinna być - na wskroś przeniknięta Bożą mądrością. Sam Chrystus bardzo jasno ukazał warunki tej miłości, mówiąc do Apostołów w Wieczerniku: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę. (…) Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich” (J 14,23a. 24). Przestrzeganie nauki Chrystusa sprawia, że stajemy się uczestnikami życia Trójcy Świętej: „Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać” (J 14,23b). Maryja niejako nawiązuje do tych właśnie słów swego Syna, mówiąc do uczniów w Kanie Galilejskiej w krótkim, bardzo po męsku brzmiącym poleceniu: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam [mój Syn] powie” (J 2,5b). Jego słowo jest przecież jasne - trzeba tylko chcieć je usłyszeć. Jego słowo jest prawdziwe - bo On jest Prawdą (por. J 14,6). Jego słowo wzywa do czynu - więc wprowadzajcie w czyn przykazania miłości. „Zróbcie wszystko!” - znaczy: wszystko bez wyjątku, nie wybierając z Ewangelii tylko tych słów, które akurat nam odpowiadają, a odrzucając to, co wymagałoby od nas trudu nawrócenia, porzucenia zła, odejścia od błędnych przyzwyczajeń i upodobań. Tylko wtedy, gdy przyjmujemy Chrystusa jako jedną i niepodzielną Prawdę, możemy doświadczyć, że Jego Ewangelia niesie z sobą prawdziwe, dogłębne wyzwolenie: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,31b-32).

3. Matka Kościół

Mocy tej wyzwalającej prawdy doznajemy szczególnie wtedy, gdy od Chrystusa uczymy się miłości do Kościoła. Kościół bowiem był, jest i będzie Jego Oblubienicą. Jak pisze św. Paweł w Liście do Efezjan, „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5,25b-27). Ponieważ Chrystus na krzyżu przelał za Kościół swoją krew, Kościół jest święty. Tę właśnie prawdę wyznajemy podczas każdego Credo, mówiąc: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”.

Dla Chrystusa Kościół jest Oblubienicą, natomiast dla nas - Matką. Mater Ecclesia - Matka Kościół. Święta Matka Kościół. Jest Matką naszą, ponieważ w chwili chrztu świętego zrodził nas do życia wiecznego. To on dał nam łaskę wiary. To on uczy nas wzrastania w miłości do Boga i do bliźniego. To on umacnia w nas nadzieję znalezienia się ostatecznie i na wieczność całą w niebiańskim Jeruzalem. To wszystko sprawia, że o Kościele winniśmy myśleć ze czcią - właśnie tak jak o Matce, mimo że jest on złożony także z ludzi grzesznych.

Drodzy Bracia i Siostry!

Dziś znajdujemy się sytuacji, kiedy w przestrzeni medialnej i społecznej wiele się mówi o grzechach wiernych Kościoła. Zważywszy na pewne obiektywne fakty, wszyscy czujemy się zawstydzeni i upokorzeni z powodu postępowania tych osób duchownych, które sprzeniewierzyły się swemu kapłańskiemu lub zakonnemu powołaniu. Jednakże mówienie, że cały Kościół jest zły, jest po prostu nieprawdą, a przez to wielką krzywdą wyrządzaną ogromnej większości wspaniałych i gorliwych kapłanów. Ojciec Święty emeryt Benedykt XVI pisze nawet, że takie kłamliwe uogólnianie jest dziełem złego ducha. Przecież, obiektywnie i bezstronnie rzecz biorąc, w Kościele dzieje się bardzo wiele dobra. Jest tak przede wszystkim dlatego, że „Kościół Boży (…) także dzisiaj jest właśnie narzędziem, za pomocą którego Bóg nas zbawia. Bardzo ważne jest przeciwstawianie kłamstwom i półprawdom diabła pełnej prawdy: Tak, w Kościele jest grzech i zło. Ale także dzisiaj jest święty Kościół, który jest niezniszczalny. Także dzisiaj jest wielu ludzi, którzy pokornie wierzą, cierpią i kochają, w których ukazuje się nam prawdziwy Bóg, kochający Bóg. Bóg ma także dzisiaj swoich świadków (martyres) na świecie. Musimy tylko być czujni, by ich zobaczyć i usłyszeć”.

Homilia arcybiskupa Marka Jędraszewskiego na pielgrzymce mężczyzn do Matki Boskiej Piekarskiej.

W tym kontekście Benedykt XVI daje nam świadectwo o sobie samym: „Mieszkam w domu [na terenie Watykanu], w małej wspólnocie ludzi, którzy odkrywają takich świadków Boga żywego w codziennym życiu i radośnie wskazują na to również mnie. Widzieć i odnaleźć żywy Kościół jest cudownym zadaniem, które wzmacnia nas samych i pozwala nam ciągle na nowo weselić się wiarą”.

Drodzy Pielgrzymi do Matki Boskiej Piekarskiej!

Właśnie tutaj, u Jej stóp, uczymy się miłości do Kościoła naszej Matki. Tutaj przypominamy sobie tak dawną, a równocześnie tak aktualną prawdę: „O matce nigdy źle”. Natomiast o jej dzieciach, gdy trzeba, trudną i bolesną prawdę należy odsłaniać. Czynimy to tylko i wyłącznie po to, aby dzieci, które ją, świętą Matkę Kościół, tak boleśnie swą niewiernością dotknęły, mogły przejrzeć, nawrócić się, na ile się da wynagrodzić za wyrządzone krzywdy, odpokutować... Tutaj też, w Piekarach, postanówmy sobie, aby brać przykład z papieża Benedykta XVI i umieć cieszyć się i radować z każdego dobra, które dzieje się w Kościele. By umieć cieszyć się również z tej wspaniałej Pielgrzymki i dziękować Matce Bożej za to, że nas tu dzisiaj do siebie zaprosiła, tu zgromadziła i za swoją przyczyną pozwoliła wielbić Boga.

4. Dzień Matki

Wpatrując się w obraz Matki Boskiej Piekarskiej i rozważając gest Pana Jezusa, który swą rączką wskazuje na Maryję, uczymy się od Niego miłości do naszych matek. Dzisiaj przecież Dzień Matki. Każdy z nas tutaj obecnych jest dzieckiem swojej matki. „Matka jest tylko jedna” - słyszymy niekiedy. To głęboka, choć, z drugiej strony, tak oczywista prawda. „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś” (Łk 11,27b). Te słowa nieznanej nam z imienia kobiety z Ewangelii św. Łukasza, skierowane do Pana Jezusa, odnoszą się także do naszych kochanych Mam. Matka: nosiła nas z trudem, karmiła z macierzyńska tkliwością, cieszyła się z każdego kolejnego samodzielnego kroku, z dumą patrzyła na każdy nasz sukces, pocieszała w chwilach niepowodzeń, cicho płakała, gdy spotkało nas jakieś nieszczęście, brała do ręki różaniec, kiedy chciała uchronić nas przed złem. Dzisiaj z ogromnym szacunkiem i wdzięcznością myślimy o nich - naszych matkach, niezależnie od tego, czy żyją one jeszcze i po powrocie do naszych domów będziemy mogli wręczyć im bukiet kwiatów, czy też przeszły już one z tego świata do domu Ojca i w akcie szczególnej podzięki tutaj, przed Cudownym Obrazem Piekarskiej Pani, złożymy im dar modlitwy serdecznej, prosząc Boga o wieczne dla nich odpoczywanie…

Drodzy mężowie, uczestnicy dzisiejszej pielgrzymki do Matki Boskiej Piekarskiej!

Prawda o miłości do naszych matek odnosi się także do waszych żon, które są matkami waszych dzieci. Waszym świętym obowiązkiem jako ojców jest uczenie waszych dzieci tego, by umiały kochać, szanować i czcić swoje matki - tak, jak to jest zapisane w IV przykazaniu Dekalogu: „Czcij ojca swego i matkę swoją!”. Należę do pokolenia, które przy każdym przywitaniu i pożegnaniu z mamą całowało ją w rękę. Pamiętam mego ojca, który mnie kiedyś upomniał, gdy z powodu jakiegoś irracjonalnego wstydu wobec innych poprzestałem tylko na uściśnięciu jej dłoni. „Matkę zawsze całuje się w rękę” - powiedział dobitnie. I tak też już od tej pory zawsze czyniłem. 

Drodzy mężczyźni i młodzieńcy! Pozwólcie, że zwrócę się do was z gorącym apelem: często rozważajcie słowo, które skierował do nas Pan Bóg w IV przykazaniu, mówiąc: „Czcij matkę swoją!”. Właśnie tak, a nie inaczej: „Czcij!”.

5. Matka Ojczyzna

W słowo „Czcij!” z IV przykazania Dekalogu wpisana jest także miłość do Ojczyzny. Ona również jest naszą matką. Jak bardzo niełatwa jest ta nasza miłość do niej, ale i jak bardzo konieczna, świadczą trzy kolejne powstania śląskie. W tym roku przypada setna rocznica pierwszego z nich. Powszechnie śpiewano wtedy Rotę Śląską, nawiązująca do słynnej Roty Marii Konopnickiej: „Ojczyzno święta, kraju nasz!/ Z Tobą nam żyć, umierać!/ Niezłomnie stoi śląska straż,/ Polsko, Twa wierna czeladź./ Zabrzmi i dla nas złoty róg,/ tak nam dopomóż Bóg!”.

Jakże więc dzisiaj nie przypomnieć owej szczególnej wymiany słów, do jakiej doszło dnia 20 czerwca 1922 roku na rynku w Katowicach, gdy już po ostatecznym zatwierdzeniu polskich granic do stolicy Górnego Śląska wkraczała polska armia. Wojciech Korfanty mówił wtedy niezwykle podniosłym tonem: „Przybyłaś do nas, Polsko! Z sercem, przepełnionym czcią nabożną, witamy Cię, Matko-Ojczyzno! W tej wielkiej chwili dziejowej, my najmłodsze Twoje dzieci, ślubujemy Ci wierność, miłość i posłuszeństwo bez granic, a za to przyjmij nas jako oddane Ci sercem i duszą dzieci Twoje, które Twoje zjawienie się na ziemi naszej gorzkimi łzami wypłakały i potokami krwi okupiły. Polsko! Bądź nam matką troskliwą - ostatnie wbijasz pale granic Twoich. Tu na Zachodzie stoi żywy mur z piersi mężów, w boju zahartowanych, gotowych zawsze do Twojej obrony”. Na to odpowiedział mu stojący na czele polskich wojsk gen. Stanisław Szeptycki: „Panie Pośle! (…) Należy ustalić fakty. Gdyby ze sprawozdań o dzisiejszych uroczystościach świat sądził, że dzisiejszy zwycięski marsz żołnierza polskiego na Ziemię Górnośląską jest zasługą wojska, to muszę stwierdzić, że przyczyną naszej tu obecności jest przede wszystkim dzielny lud górnośląski, prowadzony w pierwszym rzędzie przez duchowieństwo. Duchowieństwo to rozbudziło w ludzie śląskim nastrój wysokiej wiary w zwycięstwo prawdy i sprawiedliwości. Wiara wymaga męczenników. Tych na Górnym Śląsku nigdy nie brakło. Więc symbolicznie wręczam rzucone mi kwiaty Tobie, panie pośle, czcząc w ten sposób pamięć wielkich poległych bohaterów górnośląskiego ludu”.

Zakończenie

Drodzy Pielgrzymi!

Raz jeszcze kierujemy nasz wzrok w stronę Cudownego Obrazu Piekarskiej Pani. Matka wskazuje swą dłonią na Syna. Syn ma swą rączkę skierowaną ku Matce. Ona dała nam Zbawiciela świata. On, umierając na krzyżu, obdarzył nas swą Matką. Dostrzegamy w tym przepiękny przejaw Bożej miłości, która najpierw objęła Maryję i uczyniła Ją Pośredniczką łask wszelkich. Widzimy w tym także tkliwość miłości Boga, który pragnie nas objąć swą mocą i wewnętrznie przemienić. Który pragnie nadać najbardziej szlachetny kształt naszej miłości do Niego, naszego Stwórcy, Odkupiciela i Pocieszyciela, jak również naszej miłości do Kościoła, do naszych matek, do Ojczyzny. Boża miłość stoi u progu naszych serc i do nich kołacze. Czy się na nią otworzymy? W tym tak ważnym dla naszego życia momencie, z głębi naszych serc spragnionych autentycznej miłości, wołamy: Matko Syna Bożego, Matko nasza, Matko pięknej miłości - módl się za nami!

Amen. >>

Ponieważ zaś dzieci uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i On także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli. [Hbr 2,14-15]

Przeżywaliśmy niedawno Wielką Noc. W liturgii nazywamy ten czas Paschą. Jakie znaczenie ma dla mnie Pascha – przejście naszego Pana Jezusa Chrystusa ze śmierci do życia? Po co Jezus zmartwychwstał? Są to pytania, które sobie zawsze powinienem stawiać, a szczególnie w dniach trwania Okresu Wielkanocnego.

Nie zawsze zdaję sobie sprawę, że powodem zaistnienia w historii zbawienia wydarzeń zapoczątkowujących Nowy Testament jestem ja sam - człowiek. Przypominają mi o tym opisy stworzenia świata, w nich opis stworzenia człowieka w Księdze Rodzaju. To człowiek żyjący w biblijnym raju ulega Szatanowi (Wężowi). Pierwszy raz okazał nieposłuszeństwo Stwórcy, czyli zgrzeszył. I od tego moment natura ludzka została skażona. Człowiek, czyli także i ja, staje się niewolnikiem Złego - diabła. Lękam się śmierci i nie tylko tej śmierci fizjologicznej. Boję się umierać ontologicznie i na każde zagrożenie (nawet słowne) ze strony bliźniego bronię się.  Broniąc się grzeszę. Doświadczam tego, iż nie potrafię kochać drugiego do końca ale tylko do pewnego momentu. Boję się ciągłego "umierania" dla drugiego. Św. Paweł w liście do Rzymian powie: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę”. Człowiek jest w niewoli diabła i ciągle z tego powodu cierpi. I kto ponosi za to winę? Nikt. Taka jest natura człowieka po grzechu pierworodnym. Mówienie i nawoływanie: poświęcajcie się, kochajcie się, bądźcie dla siebie dobrzy - nic nie daje. Są to tylko wezwania moralne. Sam o własnych siłach nie jestem w stanie jako człowiek tych wezwań wypełnić.

Bóg znając sytuację człowieka, nie chce, by on cierpiał, by był zniewolony złem. Dlatego, jak to już na początku po grzechu Adama zapowiedział, posłał na ziemię swego Syna, Jezusa Chrystusa, by On poprzez swoją mękę, śmierć krzyżową i zmartwychwstanie przełamał ten krąg śmierci i grzechu trzymający nas w niewoli. Jezus dokonał tego za mnie, za człowieka, zupełnie bezinteresownie, gratis. Zwyciężył szatana, abym mógł przekroczyć barierę oddzielającą mnie od drugiego człowieka i abym mógł drugiego kochać. Abym ja i inni mogli kochać nawet swoich nieprzyjaciół. Postawił jedyny warunek: abym w to wydarzenie uwierzył. Świadoma, żywa wiara w to jedyne w dziejach ludzkości wydarzenie otwiera mnie na Ducha Świętego, którego daje mi Zmartwychwstały. Duch Święty mnie uzdolni do prawdziwej miłości w wymiarze krzyża.

Dlatego więc corocznie przygotowuję się w okresie Wielkiego Postu do świętowania i później świętuję pamiątkę wydarzeń Wielkiego Tygodnia aby umocnić się na drodze wiary, którą rozpocząłem przyjmując sakrament chrztu świętego. Ze szczególną pomocą przychodziło mi w okresie samego Triduum Paschalnego Słowo Boże, a także wspaniała liturgia. Liturgia bogatsza od tej na co dzień, pełna znaków, które były objaśniane mi w komentarzach przez wyznaczone osoby. Liturgia sprawowana we wspólnocie, którą jest parafia. W sposób szczególny przeżywałem Liturgię Wielkiej Soboty, która rozpoczęła się późnym wieczorem a zakończyła się procesją przy bijących dzwonach kościelnych oznajmiających światu Zmartwychwstanie Syna Bożego.

I tak będzie się działo do powtórnego przyjścia Jezusa przy końcu czasów. Bóg dał mi więc i w tym roku szansę, bym się nawrócił - przeszedł ze śmierci do życia i żył nie lękając się różnych trudnych sytuacji w moim życiu określanych mianem krzyża. Bym żył nadzieją, że mogę już tu na ziemi osiągnąć życie, w którym bez lęku będę potrafił okazywać miłość nawet swoim wrogom. Czy skorzystałem z tej okazji?

Trwa jeszcze Okres Wielkanocny (w tym roku do  9 czerwca 2019) - jest to czas radości ze Zmartwychwstania Syna Bożego Jezusa Chrystusa, który dał mi kolejną szansę mojej szczególnej przemiany. To czas radosny dla każdego, kto szczerze przeżył Paschę (przejście ze śmierci do życia). Ci, co jeszcze tego nie doświadczyli, mogą tego doświadczyć w sakramencie pojednania, do którego wezwany jest każdy ochrzczony - szczególnie w Okresie Wielkanocnym.

Dlatego warto przekazywać wciąż tą radosną Dobrą Nowinę, by wszyscy uwierzyli, że Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja! Chrystus żyje!                                                                     Z

W dniu ustanowienia sakramentu kapłaństwa składamy Wam, księża, serdeczne życzenia błogosławieństwa Bożego na każdy dzień Waszego życia!

A z okazji Świąt Wielkiej Nocy - Niech Zmartwychwstały Jezus Chrystus udziela Wam Swego Ducha oraz daje wiele swoich łask a szczególnie darów Ducha Świętego w pracy duszpasterskiej!
Pokój niech będzie z Wami!

W imieniu Nadzwyczajnych Szafarzy Komunii Św. - Zbigniew Stachurski