Przeskocz do treści

Nie ma człowieka, który by nie przeżywał w swoim życiu chwil trudnych. Są nimi między innymi kryzysy w rodzinie, złe układy z szefem w pracy, nieuleczalna choroba, narodzenie się dziecka niepełnosprawnego w rodzinie, brak porozumienia z dorastającą córką lub dorosłym synem, z bratem, siostrą, sprawowanie opieki nad rodzicami w podeszłym wieku i wiele innych, podobnych sytuacji. Dzisiaj także trwoga ze względu na sytuację w naszej Ojczyźnie, na skutek sytuacji za naszą wschodnią granicą. Te lub podobne sytuacje życiowe, chrześcijanin określa mianem krzyża. Są one jakby jarzmem nakładanym na człowieka, które jest czasami bardzo ciężkie. Wielokrotnie doświadczam tego, iż nie chcę nieść jarzma - krzyża. Często się buntuję i z tego powodu niejednokrotnie grzeszę.

Krzyż bowiem wpisany jest w życie człowieka! Krzyż, który z woli Stwórcy, może nieraz nieświadomie, niosę. Uciekając od krzyża nie daję świadectwa życia chrześcijańskiego. Chrześcijanin żyjąc na tym świecie winien godnie przejść swoją drogę krzyżową dźwigając krzyż.

Czym jest nauka krzyża? Doskonale wypełnił wolę Boga Ojca Jego Syn, Jezus Chrystus. Bez krzyża Chrystusowego nie byłoby zbawienia. Jezus nie był obojętny wobec naszych ludzkich słabości, grzechów. Wziął je na siebie umierając za nas jak najgorszy łotr i zdrajca będąc sam bez winy. Nie wołał z krzyża: dlaczego mnie męczycie, zabijacie? Milczał poddając się (niesprawiedliwemu) wyrokowi śmierci. Zrobił to z woli Boga Ojca jako Jego Syn, Bóg-Człowiek. Objawił światu prawdziwą Bożą ekonomię zbawienia, ukazując, jak można przerywać błędne koło zła w świecie – wziął całe zło człowieka na Siebie. Umierając, po trzech dniach ZMARTWYCHWSTAJE i daje nam, którzy wierzymy w Jego imię, Ducha Świętego. O tym powinienem zawsze pamiętać a szczególnie w dniu, gdy w kalendarzu liturgicznym przeżywam święto Podwyższenia Krzyża Świętego.

A jak Duch Święty się objawia w człowieku? Poprzez świadectwo wiary, poprzez znaki wiary widziane przez innych. Są nimi jedność i miłość w obliczu krzyża. Miłość pozbawiona strachu przed krzyżem, przed umieraniem. Wiara bowiem daje mi siłę do odważnego przeżywania sytuacji, które po ludzku mnie przerastają. Czy tak naprawdę wierzę w Boga Ojca, i Syna, i Ducha Świętego? Czy moja wiara uzdalnia mnie do podjęcia własnego krzyża? Jeśli wierzę, to zdaję sobie sprawę z tego, że Krzyż prowadzi do Zmartwychwstania – prowadzi do Życia Wiecznego już tu na ziemi tj. do życia wg Ducha Jezusa Chrystusa. A Duch Święty wyzwala we mnie moc do pokonania wszelkich trudności życiowych.

Krzyż w moim życiu, w życiu każdego chrześcijanina, jest Krzyżem Chwalebnym. O Nim przypomina mi co roku przeżywane święto Podwyższenia Krzyża Świętego (14 września).

Krzyż to także znak fizyczny identyfikujący chrześcijan. My chrześcijanie wieszamy krzyże–symbole w swoich mieszkaniach, szkołach, szpitalach. Stawiamy na chrześcijańskich grobach oraz tam, gdzie dotarło chrześcijaństwo. Tam, gdzie rozwinęła się cywilizacja łacińska, cywilizacja życia. Dzisiaj Krzyż jest znakiem sprzeciwu. Jest niewygodny dla niektórych o zdeprawowanym sumieniu. Stąd ludzie ci profanują nasz święty znak. Brońmy więc krzyża.

O tej konieczności przypominał nasz rodak Święty Jan Paweł II. W wygłoszonej w Zakopanem 6 czerwca 1997 r. homilii wołał: „…nie wstydźcie się tego krzyża. Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym czy społecznym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych i szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. Niech KRZYŻ przypomina nam o miłości Boga do człowieka (...)”.

Zbigniew Stachurski

Trwam w okresie zwanym Wielkim Postem, który przygotowuje mnie do najważniejszych dni w roku liturgicznym – do Triduum Paschalnego, do pamiątki przejścia naszego Pana, Jezusa Chrystusa ze śmierci do życia. Podczas wsłuchiwania się w kazania duchownych w tym okresie słyszę często, że warunkami i znakami nawrócenia są post, modlitwa oraz jałmużna. Post odnosi się do ubóstwa i wyrzeczenia, modlitwa podejmuje synowski dialog z Ojcem, natomiast jałmużna wyraża się w spojrzeniach i gestach miłości wobec poranionego człowieka. Dzisiaj moje przemyślenia o jałmużnie.

Co więc oznacza jałmużna? Dowiaduję się czytając Stary Testament, że ta czynność oznacza gest dobroci względem mojego bliźniego. Jest prostym naśladownictwem czynów Boga, który pierwszy okazał dobroć człowiekowi. Jako akt religijny prowadzi mnie do przebaczenia grzechów, do nawrócenia. Czytam: Woda gasi płonący ogień, a jałmużna gładzi grzechy [Syr 3, 30] oraz Jałmużna uwalnia od śmierci i oczyszcza z każdego grzechu. Ci, którzy dają jałmużnę, nasyceni będą życiem [Tb 12, 8-9].

Natomiast w Nowym Testamencie Jezus Chrystus zachęca mnie do jałmużny słowami: Gdy ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni [Łk 6, 55]. Czyn ten w postaci jałmużny ma być dla mnie bezinteresowny i znany jedynie Bogu. Ważna jest więc także nie tyle ilość czy wielkość złożonego daru, ile raczej moje wewnętrzne nastawienie, moja intencja. Potwierdza to sam Chrystus, kiedy chwali grosz wrzucony do skarbonki przez ubogą wdowę. Wartość jałmużny jest jeszcze większa, jeśli daję nie z tego, co mi zbywa.

Również w listach apostolskich znajduję zachętę do dzielenia się dobrami z potrzebującymi. Kto by miał majętność tego świata, a widziałby brata swego w potrzebie i zamknął przed nim serce swoje – jakże może w nim przebywać miłość Boża? [1 J 3, 17].  Dlatego jałmużna w każdej postaci powinna być wyrazem miłości Boga. Zwrócił na to uwagę Święty Jan Paweł II, gdy mówił: „Dawanie i oddanie się nie zależy od ilości posiadanych rzeczy, lecz od żywionej w duszy miłości do Boga. Nasze pokorne oddanie się – samo w sobie może znikome, jak oliwa wdowy z Sarepty lub grosz ubogiej wdowy – staje się miłe w oczach Boga dzięki zjednoczeniu z ofiarą Jezusa”. Stąd tak mocno akcentował, że jałmużna nie tylko wyprasza Boże błogosławieństwo, ale także leczy rany grzechu oraz chroni przed nimi.

Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: «Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił».  Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie.  Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu.  A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali.  Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.  A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane.  (Łk2,15-20)

Jezus Chrystus, syn ziemskich małżonków Maryi i Józefa, a zarazem Syn Boży, ukazał światu, że czymś naturalnym w życiu człowieka jest rodzina – ojciec, matka i dzieci. Naśladując Świętą Rodzinę chcemy przeżywać Boże Narodzenie w gronie najbliższych, w rodzinie. Rodzina jest cudowną wspólnotą dającą człowiekowi radość i szczęście w tym ziemskim, chociaż nieraz skromnym życiu.

Bóg stwarzając człowieka, na obraz Boży go stworzył. Dlatego naturalny związek mężczyzny i kobiety w Kościele został ustanowiony sakramentem – małżeństwem. To co jest Boże, jest wartością. Jakże piękne świadectwo życia dają małżonkowie, którzy sobie przed Bogiem przyrzekali  miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie opuszczą się nawzajem aż do śmierci – i to przyrzeczenie wypełniają. Wychowują po katolicku dzieci, obchodzą kolejne jubileusze – są szczęśliwi, są w sposób naturalny spełnieni... żyją w skromności i pokorze jak Święta Rodzina z Nazaret, bo swoje życie zbudowali na skale, na fundamencie jakim jest Jezus Chrystus.

Ale jest, w obliczu obecnej rzeczywistości, także inna prawda o rodzinie. Młodzi już nie czują potrzeby zawierania sakramentalnego małżeństwa. Widzimy wokół nas wielu młodych, żyjących w związkach niesakramentalnych. Dziecko w takich związkach jest wielokrotnie przeszkodą – słychać głosy domagające się legalizacji zabijania ich przed narodzeniem. Wzrasta także ilość dzieci w Domach Dziecka. Dzieci przeżywają tragedie życiowe. Pojawiają się dyskusje o jednopłciowych  związkach partnerskich i adopcji dzieci przez te pary. Jest to już rezultat fałszywego pojmowania wolności człowieka wynikającego z braku wiary w objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie. Dostrzegamy widoczne  już zagrożenie moralne - moralną klęskę, którą ponosi człowiek. A zarazem też społeczeństwo, naród.

Dlaczego tak się dzieje? Bo człowiek ulega podszeptowi szatana - sam dla siebie chce być bogiem. A życie wbrew przykazaniu „Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną” prowadzi do klęski człowieka. Bez Boga, człowiek może zrobić już wszystko. I tak się już dzieje. Rośnie już nowe pokolenie, w którym dzieci wzrastają w rodzinach niepełnych – często bez wzoru pełnej rodziny, często bez wzoru ojca, bez odniesienia się do Boga. Znaczna ilość rodziców wyraża zgodę dzieciom na nieuczestniczenie w lekcjach religii. Dzieci, za zgodą wielu rodziców, nie uczestniczą w praktykach religijnych, w tym często w niedzielnej Eucharystii. Dzieci będą naszymi następcami, gdzie nie jest już trudno dostrzec, jaki los czeka następne, żyjące w ten sposób pokolenia.

Niech więc rodzinnie przeżywane Boże Narodzenie będzie okazją do dyskusji na temat wyzwań jakie czekają nas, żyjących w dzisiejszych wspólnotach rodzinnych.Trzeba zatem postawić na Prawdę, na Jezusa Chrystusa. Na Jezusa, by narodził się także na nowo w moim i Twoim sercu. A to wystarczy, by narodził się we współczesnej rodzinie. Jezus Chrystus jest bowiem Drogą, Prawdą i Życiem, jest trwałym fundamentem, jest skałą na której winna wzrastać każda zdrowa rodzina.

Zbigniew Stachurski

25.12.2025